Questing

Polecane książki
Katalog on-line

O początkach Chocza i rodu Lipskich

Regionalia » Legendy » O początkach Chocza i rodu Lipskich

Koniec września 1331 roku był przedwcześnie chłodny i deszczowy. Znad łąk prośniańskich zbierały się już do odlotu dzikie kaczki i siewki rzeczne, z pół przepiórki ciężkie, czasem pożniwnym utuczone. Strzechy wioskowe żegnały jaskółki muchołówki, dudki, pliszki i rój innego ptactwa lubiącego ciepłe strony.

Jak lęk przed zimnem u dzikiego stworzenia, tak na ludzi szedł strach od północnej krainy, od zamków warownych, jezior i borów pruskich. Szła złowroga wieść, że stamtąd ruszyły w kraj nasz pancerne szyki znaczone czarnym krzyżem, godłem łupieskiego zakonu, którego pazury sięgały po nasze dobro. Z południa ciągnęły sprzymierzone z nami wojska czeskie, aby spotkać się przy kaliskim ogrodzie i tu rozgromić Polaków. Nieprzyjaciel szedł w dymach pożarów i krwi.

Przeciwko tej nawale stanął ze szczupłą ilością rycerstwa Władysław król Polski, dla niewielkiego wzrostu Łokietkiem zwany. Całe dotychczasowe życie spędził on w bojach. Śmierć ścigała go wielokrotnie i omijała odtrącona mieczem śmiałym, złoconą kolczugą, a często toporem lub sprytem chłopskim, jakim wspomagali go włościanie, wdzięczni za przychylność.

Szczęście i tym razem dopisało królowi. Władca Czech i morawskiej krainy zatrzymany został przez dzielnego księcia Bolka Świdnickiego i nie zdążył przybyć na umówione miejsce. Naszym tymczasem nadeszły posiłki z Wielkopolski pod wodzą Wincentego z Szamotuł, więc Krzyżacy rozpoczęli odwrót spod Kalisza na Stawiszyn i Konin.

Król polski poprowadził swe wojska w trop za Krzyżakami i wyczekiwał najdogodniejszego momentu do uderzenia. Nie mając tak ciężko zbrojnych, w żelazo zakutych rycerzy jak komtur Otto von Luterborg, to wyprzedzał wroga, to szedł za nim albo zachodził bokami. Niepokoiło to wielce Niemców i nakazywało trzymać się w stałym pogotowiu. Komtur chcąc mieć rozeznanie, co w danym momencie robią Polacy, zmuszony był rozsyłać wokół swej armii obserwujące straże. Nie poczęli nasi przez dzień, przez wieczór i noc całą. Krzyżak miał ze wszystkich stron utarczki i także nie spoczął ani na chwilę.

Był mglisty ranek i wojska królewskie szły chorągwiami, Król stojąc na pagórku czynił u progu nowego dnia przegląd swych oddziałów. Osobiście dozorował przemarsz wojsk ku Stawiszynowi. Zdawało mu się, że już wszyscy przeszli, tylko brak chorągwi kaliskiej. Chorągiew nie nadchodziła. Król począł się niecierpliwić. Ze szczupłej świty wysłał kilku jeźdźców na drogę ku Kaliszowi.

Minął jakiś czas, a kaliszan wciąż jeszcze nie było. Nagle z przedjesiennej mgły wynurzyli się jeźdźcy. Był to silny pojazd krzyżacki, który wnet ruszył na garstkę naszych rycerzy. Wywiązała się walka. Spowici oparami wojownicy uwijali się w krwawym zamieszaniu jak czarne szczupaki wokół broniącej się ryby. Słychać było tylko dudnienie ziemi, szczęk miecza o miecz i głuche uderzenia w ochronne tarcze i szłomy. Zwierzęcy kwik mieszał się z jękiem padających ludzi.

Król widząc beznadziejną sytuację wspiął konia i rzucił się w dolinę, w najgęstszą mgłę, która jedynie mogła go osłonić. Ostatni jeźdźcy z osobistej ochrony władcy walcząc wstrzymali pogoń. Królewski rumak pędził przed siebie w dół na łąki.

Na łące chłop grabił jesienny pokos trawy. Koń królewski zwolnił biegu i wreszcie stanął. Łokietek zeskoczył z siodła. Chłop chyba już dostrzegł na wzniesieniu krzyżackie płaszcze, bo podbiegł do króla, chwycił go za rękę i pociągnął za sobą wołając swą tutejszą szepleniącą nieco mową: - Chocz panie, chocz tutaj, ja cię utaję.

Ukrył chłop króla w kopie siana i wbił w nią grabie dla oznaczenia, bo kopic było sporo. Zdjął siodło i czaprak z królewskiego wierzchowca, szybko zaprzągnął go do wozu, a swego wołu puścił na paszę.

Wschodziło słońce, mgła się przerzedzała, Krzyżacy uporali się już ze zbrojną osłoną polskiego władcy i w poszukiwaniu jego samego zjeżdżali ku łakom. Wołali cos po niemiecku, ale chłop naprawdę nie rozumiał. Po krótkiej więc naradzie odjechali.

- Czy wiesz, kogoś uratował przed wrogiem? – spytał król wyszedłszy z ukrycia.

- Panoszę, wojownika małego – odpowiedział chłop wesoło, bo sam był wielki jak niedźwiedź, a przed sobą miał postać wprawdzie mocno zbudowaną, o szerokich ramionach, ale niewysoką, do tego wiekiem już przygarbioną. Rycerz taki wydał mu się trochę ucieszny.

- Łokietkiem mnie dlatego zowią, a ja jestem królem Władysławem Pierwszym. – Uśmiechnął się król i przyjrzał się chłopu uważnie. – Ty zaś, choć wyrosłeś bujno, panoszą wielkim nie jesteś. Łapcie, kapelusz i torbę masz z lipowego łyka. Będą cię więc teraz z mego rozkazania wszyscy zwać Lipskim. Ja Łokietek, a ty Lipski, rozumiesz?

Chłop milczał uśmiechając się niepewnie, bo myślał, że król z niego żartuje. Król jednak spoważniał i zapytał:

- Czyje są te ziemie wokół?

- A czyjeż by, królewskie, wiadomo – zdziwił się kmieć, że właściciel nie jest tego świadom.

- Dorze, będą więc teraz twoje. Osadę zaś, jaką tutaj założysz, nazwiesz…no… - zamyślił się na chwilę – nazwiesz pierwszym słowem, jakim mnie zawołałeś, pamiętasz? Chocz ! W herbie będziesz miał grabie i siano, bo cię nobilituję. To znaczy, że władyką będziesz. Dorze pomyślałem? Taka jest dzięka moja. – Król uśmiechnął się znowu, a chłop stał zdumiony, jakby się w słup soli zamienił. Dopiero jak trzeba było przygotować konia i pomóc wsiąść staremu władcy, chłop przypadł mu do nóg z płaczem.

Słońce świeciło jasno, mgła opadła i widać już było ruch jeźdźców na wzgórzach. To nasi poszukiwali swego wodza. Władysław Łokietek wnet połączył się ze swym wojskiem, w którym i chorągiew kaliska już się znajdowała, bo jako znająca okolicę, przeszła krótsza drogą.

 

Po wielu latach jeden z wnuków Lipskiego został biskupem i w rozrastającym się Choczu, w miejscu, na którym stał kiedyś poczet królewski, postawił kolegiatę. W umieszczonym tam herbie do dziś widnieje kopa siana i wetknięte w nią grabie. 

Autor:Monika Piłka
 
  • Dodaj link do:
  • www.wykop.pl
  • www.facebook.com